|
GDY JEDEN LABRADOR TO ZA
MAŁO…
CZYLI SŁÓW KILKA O TYM, JAK
ZOSTAŁAM DOMEM TYMCZASOWYM W FUNDACJI POMOCY LABRADOROM
PRIMA

Schronisko dla zwierząt -
pierwsze spotkanie
„Haaalooo, dziewczyno, spójrz na mnie, do ciebie przyszłam,
choooodź, dam ci ciasteczko” – cmokam, ślicznie mówię łagodnym
głosem, zachęcam, smaczki wyciągam, a ona nic. Siedzi tam i ledwo
ogonem merda. Gruba. Niespecjalnie ładna. Starsza. Ale potrzebuje
pomocy….
Dwa dni później zamieszkała w moim domu. Tymczasowo. Moja pierwsza
tymczasowiczka. W ogóle mi się nie podobała. Była bardzo gruba,
ciężko wstawała, lepiła się i śmierdziała. No ale wyglądała jak
labrador i labrador, który nie zasłużył na to, by doczekać się
końca swoich dni w schronisku. Dla takich jak ona powstała Fundacja
Pomocy Labradorom PRIMA. Dla takich jak ona zdeklarowałam się na
bycie domem tymczasowym, domem, który zaopiekuje się psem, pozna
go, aby można było oddać go adopcji. |
…„Naprawdę o mnie ci chodzi??” –
tyle wyczytałam w jej oczach, gdy próbowałam zwrócić jej uwagę za
pierwszym razem. Wszystkie psy ujadały niemiłosiernie, rzucały się
na siatkę, starały się jak mogły, abym zwróciła na nie uwagę. Ale
ja wiedziałam: to jej właśnie mogę pomóc, to ona mnie
potrzebuje.
Tula. Tak ją nazwałam. Ponad 5 miesięcy w schronisku. Około
8-letnia czarna suczka, której nikt nie chciał.
Kiedy w fundacji zapadała decyzja, że zaopiekujemy się nią, z
jednej strony nie mogłam doczekać się następnego dnia, aby pojechać
po tę starszą damę i dać jej szansę. Ale z drugiej
zaczęłam się zastanawiać. W nocy śniło mi się, że ona mnie ugryzła…
A co, jeśli nie dam rady? Jeśli ona okaże się silniejsza ode mnie?
Jeśli nie będę umiała poradzić sobie z jej problemami? Czy to na
pewno dobry pomysł, abym została domem tymczasowym w
fundacji?
Nasz DT – ich szansa
Co mnie skłoniło do podjęcia takiej decyzji? Nie jestem ani
weterynarzem, ani trenerem. Na psach się znam – tak, jak zna się
każdy nieco bardziej zakręcony właściciel psa, zwłaszcza
labradora.
Nie mieszkam w domu z ogrodem. Nie mam 5 minut do lasu czy nad
jezioro. Pracuję jak większość ludzi – poza domem. Stara kamienica
w centrum miasta, pobliski park – oto luksusy, jakie czekają na
podopiecznych Fundacji Pomocy Labradorom PRIMA, którzy choć na
chwilę zagoszczą u mnie. Rodzina czasem puka się w czoło, znajomi
komentują z podziwem i zaciekawieniem, a ja wolny czas po pracy
poświęcam drugiemu psu.
Ale czy pies, wzięty ze schroniska, oczekuje standardu
pięciogwiazdkowego hotelu? Tuli pysk zaczął się uśmiechać w chwili,
kiedy na jej szyi znalazła się obroża, a ja w ręku trzymałam smycz.
To była radość psa, który przestał być niczyj. Ta smycz stała się
niejako fizycznym wyrazem więzi, która zaczęła nas łączyć.
A radość trwała dalej. To była radość z tego, że jest ciepły kąt,
własne legowisko, że ta miska zawsze jest napełniania dwa razy
dziennie… Ba, własna miska, o którą nie trzeba już walczyć z
kolegami z boksu. I w domu zabawki, mnóstwo zabawek. A przede
wszystkim człowiek, który o tego psa dba i pozwala mu poczuć, że
jest potrzebny, jedyny i kochany.
Mój dom – wsparcie fundacji
Po Tulę nie pojechałam sama. Był ze mną Paweł, dobra dusza z
fundacji. Pomógł wsadzić psa do samochodu, zrobił dziewczynie
pierwszą sesję już poza schroniskowymi murami, zawiózł nas do domu…
no i tak się zaczęło.
Pierwszy dzień, dzień poważnej decyzji w moim życiu ciągle mnie
zaskakiwał. Opisuję wszystko rzetelnie na forum Fundacji – i tu
miła niespodzianka. Gosia prosi o adres – i od razy wysyła preparat
na kleszcze do nas (jak się później okazało: z zabawką i smaczkami
w gratisie). Tomek pyta, czy nie trzeba karmy. A Paweł już umawia
się ze mną na wizytę z Tulą u weterynarza, żeby nas zawieźć…
Zresztą co tu dużo pisać – Paweł został przecież wirtualnym
sponsorem Tuli. Pełne wsparcie.
Fizycznie z psem zostałam sama, ale rady i pomoc płynęły z różnych
stron. Niby nic, ale człowiek nabiera pewności i wierzy w
powodzenie misji. Bo takie tymczasowanie to swojego rodzaju misja.
I przebiegać może różnie. Ale uśmiech psa, błysk w jego oczach,
merdający ogon - są bezcenne. Z punktu widzenia człowieka -
materialisty daję tak niewiele... Z punktu widzenia psa - daję mu
nowe życie.
Pierwsze schody
Dosłownie. To była pierwsza poważna bariera – schody. Tula miała
problemy ze wstawaniem, schody w kamienicy są dość strome i kręte –
wystraszyłam się, że będę musiała ją nosić. Szybko: smaczek,
zachęta słowna, ruszam dziarsko przodem i modlę się w duchu, aby ją
to zmobilizowało… JEST! Ruszyła. Ciężko, powoli, ale idzie sama.
Ufff….
Układam w głowie plan czynności po wejściu do domu. Kąpiel przede
wszystkim – trzeba zmyć z niej zapachy schroniska… Czekała na mnie
jednak bardzo miła niespodzianka – nie doceniłam radośći tej
starszej suni z tego, że ktoś ją stamtąd zabrał. Tula wchodzi ze
mną do pokoju, a gdy na chwilę odwracam głowę… patrzę, stoi obok
mnie, wpatrzona we mnie, trzymając w pysku… piłkę… Aż się łza
zakręciła. Labrador. Labrador pełną gębą, gębą pełną piłek ;)
I od tego momentu wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Tula została
wykąpana, wyczesana… nie zauważyłam niepokojących objawów na
skórze. Wręcz przeciwnie: piękna, gęsta sierść.
Obejrzałam uszy – brud aż po brzegi. No i tyle. Ona położyła się i
leży. Nie, nie tylko leży – ona leży i sapie jak parowóz. Znów
chwila zwątpienia – tak gorąco jej czy tak się zmęczyła? Może
stres? Tak, na pewno stres.
Ale sapanie trwa dłużej, ono towarzyszy na początku każdej
czynności przez nią wykonywaną, począwszy od wstawania. Po dwóch
dniach mam obawy, że może jednak coś z sercem? Powoli chodzimy na
spacery, powoli wydłużam jej to nasze człapanie, bardzo
powoli…
Radość
Każdy spacer to raj. Raj dla psa. Ona odkrywa miejsca, zapachy,
mnóstwo zapachów. Właściwie co krok, to przystaje, wącha… niby nic,
ale to przecież nieodłączny element psiego świata, którego nie
miała za kratami…
Choć trudno w to uwierzyć, ale miałam wrażenie, że ona jest ze mną
od zawsze. Czekała na dźwięk mojego głosu, na komendę, ufnie
wpatrywała się we mnie i cieszyła, tak po prostu cieszyła. Że jest
ze mną, że nie jest sama, że ktoś dał jej szansę. Doświadczanie tej
psiej radości jest niesamowitym przeżyciem. Z jednej strony
wydawało mi się, że nie robię nic specjalnego – skoro mam już
jednego psa i jednego wyprowadzam, karmię, z jednym się bawię, to
przecież mogę podzielić ten czas i pomóc drugiemu. Ale to, co dla
mojego psa było rutyną: nasze spacery, aporty, pływanie, karmienie,
ćwiczenie nowych komend, w Tuli wywoływało uśmiech na pysku.
Patrzyłam, jak ta cudowna sunia, dama, jak sobie nazywałam,
pięknieje i zaczyna tryskać życiem z dnia na dzień. A przecież ja
naprawdę nic nie robiłam nadzwyczajnego, a dla niej to był uśmiech
losu, widziałam w tych mądrych oczach, że jej wdzięczność nie ma
granic.
I tak nam mijał dzień za dniem…
… kiedy klamka zapada
Oczywiście były takie chwile, kiedy wątpiłam. To było wtedy, kiedy
Tula z moją suką rywalizowały o jedzenie w miskach, ale też kiedy
Tula ufnie wpatrywała się we mnie, kiedy przychodziła na każde
zawołanie, dreptała za mną krok w krok, a kiedy mimo ogłoszeń nikt
się nie zgłaszał… Rodzina już uznała, że Tula jest moim drugim
psem. Bo przecież takiej starej, choć idealnie wychowanej, zdrowej,
nikt nie będzie chciał…
I pewnego niedzielnego wieczoru stało się to, na co czekałam, na co
czekała Tula. Zadzwoniła do mnie Dorota, wtedy jeszcze pani
Dorota….
A to dopiero początek…
Tula znalazła swoją przystań. A dziś przystani szukam dla kolejnej
potrzebującej suni, niespełna dwuletniej Maszy… Nowy pies, nowe
problemy, nowe wyzwania… A każdy dzień uczy mnie, jak być dobrym
opiekunem w DT i że to była właściwa decyzja. A kiedy wątpię…?
Wtedy wiem, że nie jestem sama – że o los mojego podopiecznego
dbają w Fundacji wszyscy. I myślę sobie, że sama nazwa „dom
tymczasowy” w ogóle nie odzwierciedla tego, co daję potrzebującemu
psu. No bo jak – przygarniam ją tymczasowo, a potem oddaję w inne
ręce?
Absolutnie nie! Jako pierwsza pokazuję psu, że nie jest sam. Że
jest ktoś, kto o niego dba. Jako pierwsza prostymi codziennymi
czynnościami, które mój pies przyjmuje bez mrugnięcia okiem,
pomagam tymczasowiczowi na nowo uwierzyć w człowieka, życie, w
miłość. Brzmi górnolotnie? Być może. Ale tak to działa. Ja tylko
sypię do dwóch misek, chwytam w rękę dwie smycze, a po powrocie do
domu pogłaskać trzeba dwa psy i dwóm psom rzucam piłkę. Za to pies
ze schroniska, pies potrzebujący, szukający domu, odbiera to
wszystko z radością, z dnia na dzień ufa mi coraz bardziej…
I tylko smutek ogarnia, że są ludzie, którzy potrafią porzucić
takiego psa, jakim jest labrador… Przy odrobinie cierpliwości,
konsekwencji można ułożyć taką niesforną żywiołową naturę, jaką ma
ta rasa. Teraz właśnie uczy mnie tego Masza ;)
Tymczasowanie…
… to jedno słowo wbrew pozorom zawiera bardzo wiele. Ja nie biorę
psa na przechowanie i nie upycham go w mieszkaniu jak dodatkowy
mebel. Wiem, że pies, który do mnie trafia, często jest po
przejściach, bardzo często wzięty ze schroniska albo znaleziony.
Każdy przypadek jest inny i wymaga innego postępowania, ale wiem,
że każdy nowy pies u mnie:
- jest badany przez weterynarza, w przypadku problemów ze zdrowiem
zlecane są dodatkowe specjalistyczne badania i leczenie;
- jeśli nie został wcześniej wykastrowany czy wysterylizowany, to
właśnie u mnie poczeka na ten zabieg, jeśli nie będzie żadnych
przeciwwskazań medycznych;
- uczy się: czystości, podstawowych komend, współżycia z moim psem
i innymi psami.
Jestem świadoma, że nowy gość może jeszcze nie wiedzieć, że
potrzeby fizjologiczne załatwia się na zewnątrz. Że podgryzanie
rąk, skakanie, wyrywanie jedzenia jest niewłaściwym zachowaniem. Że
na spacerach nie można się oddalać, dokądkolwiek się chce… To są
zadania, które on stawia przede mną… Czas jednak pokazuje, że taki
pies swoją wdzięcznością potrafi wynagrodzić wiele. I stara się,
czasem pokornie, niekiedy trochę zadzierając nosa, uczyć się nowych
nawyków. To naprawdę działa!
Jak zostać domem tymczasowym?
Po prostu zgłoś się do nas. Na pewno będziemy chcieli Ciebie
poznać, spotkać się z Tobą i porozmawiać. Pamiętaj, że
przygarnięcie psa pod swój dach wymaga przemyślanej decyzji. Każdy
dom tymczasowy podpisuje umowę z Fundacją regulującą zakres
współpracy. Jeśli chcesz wiedzieć, czego dokładnie wymagamy od
opiekunów w DT, przeczytaj informacje znajdujące się na naszym forum.
… bez epilogu
Nie ma mowy o żadnym końcu: moje tymczasowanie ciągle trwa. I co
dziś myślę o tej decyzji?
Skoro już jednego psa wychowałam, swojego, to przecież poradzę
sobie z drugim. Bo nawet dla mnie w tym krótkim czy długim okresie
pobytu psa u mnie, są chwile, w których czuję, że wraz z każdym
mlaśnięciem jęzora mojego podopiecznego spływa na mnie ogromna
wdzięczność za to, że wyciągnęłam do niego rękę.
I dziękuję wszystkim ludziom z Fundacji oraz wszystkim tym, którzy
w naszą pracę wierzą i wspierają naszą działalność – to dzięki Wam
oglądam dziś na forum zdjęcia ślicznej, wyszczuplałej i
uśmiechniętej Tuli. A to przecież jeden z wielu naszych psów, które
już mieszkają w nowych domach. A inne ciągle czekają… Im więcej z
nas zdecyduje się przygarnąć potrzebującego psa pod swój dach, tym
większej liczbie psów będziemy mogli pomóc.
Dlatego zostań naszym domem tymczasowym - razem możemy więcej
Aleksandra Maciejewska; Fundacja Pomocy Labradorom PRIMA
|