Szkolenie za jedzenie

Szkolenie za jedzenie

  • Brak postów do publikacji.

Labradory - do adopcji

labrador JĘDREK

JĘDREK

Wiek: 4 lata

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador NALA

NALA

Wiek: 5 lat

Płeć: Suka

Więcej informacji

labrador SKIPER

SKIPER

Wiek: 9 lat

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador PAGO

PAGO

Wiek: 7 lat

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador FELEK

FELEK

Wiek: 7-8 lat

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador NESTOR

NESTOR

Wiek: 9 lat

Płeć: Pies

Więcej informacji

Wirtualna adopcja

labrador TOSIA

TOSIA

Wiek: 7 lat

Płeć: Suka

Więcej informacji

labrador BULI

BULI

Wiek: 7-8 lat

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador WONDER

WONDER

Wiek: 10

Płeć: Pies

Więcej informacji

Zostań Domem Tymczasowym

GDY JEDEN LABRADOR TO ZA MAŁO…

CZYLI SŁÓW KILKA O TYM, JAK ZOSTAŁAM DOMEM TYMCZASOWYM W FUNDACJI POMOCY LABRADOROM PRIMA

 

 

Schronisko dla zwierząt - pierwsze spotkanie

„Haaalooo, dziewczyno, spójrz na mnie, do ciebie przyszłam, choooodź, dam ci ciasteczko” – cmokam, ślicznie mówię łagodnym głosem, zachęcam, smaczki wyciągam, a ona nic. Siedzi tam i ledwo ogonem merda. Gruba. Niespecjalnie ładna. Starsza. Ale potrzebuje pomocy….
Dwa dni później zamieszkała w moim domu. Tymczasowo. Moja pierwsza tymczasowiczka. W ogóle mi się nie podobała. Była bardzo gruba, ciężko wstawała, lepiła się i śmierdziała. No ale wyglądała jak labrador i labrador, który nie zasłużył na to, by doczekać się końca swoich dni w schronisku. Dla takich jak ona powstała Fundacja Pomocy Labradorom PRIMA. Dla takich jak ona zdeklarowałam się na bycie domem tymczasowym, domem, który zaopiekuje się psem, pozna go, aby można było oddać go adopcji.

…„Naprawdę o mnie ci chodzi??” – tyle wyczytałam w jej oczach, gdy próbowałam zwrócić jej uwagę za pierwszym razem. Wszystkie psy ujadały niemiłosiernie, rzucały się na siatkę, starały się jak mogły, abym zwróciła na nie uwagę. Ale ja wiedziałam: to jej właśnie mogę pomóc, to ona mnie potrzebuje.

Tula. Tak ją nazwałam. Ponad 5 miesięcy w schronisku. Około 8-letnia czarna suczka, której nikt nie chciał.

Kiedy w fundacji zapadała decyzja, że zaopiekujemy się nią, z jednej strony nie mogłam doczekać się następnego dnia, aby pojechać po tę starszą damę  i  dać jej szansę. Ale z drugiej zaczęłam się zastanawiać. W nocy śniło mi się, że ona mnie ugryzła… A co, jeśli nie dam rady? Jeśli ona okaże się silniejsza ode mnie? Jeśli nie będę umiała poradzić sobie z jej problemami? Czy to na pewno dobry pomysł, abym została domem tymczasowym w fundacji?

Nasz DT – ich szansa

Co mnie skłoniło do podjęcia takiej decyzji? Nie jestem ani weterynarzem, ani trenerem. Na psach się znam – tak, jak zna się każdy nieco bardziej zakręcony właściciel psa, zwłaszcza labradora.
Nie mieszkam w domu z ogrodem. Nie mam 5 minut do lasu czy nad jezioro. Pracuję jak większość ludzi – poza domem. Stara kamienica w centrum miasta, pobliski park – oto luksusy, jakie czekają na podopiecznych Fundacji Pomocy Labradorom PRIMA, którzy choć na chwilę zagoszczą u mnie. Rodzina czasem puka się w czoło, znajomi komentują z podziwem i zaciekawieniem, a ja wolny czas po pracy poświęcam drugiemu psu.

Ale czy pies, wzięty ze schroniska, oczekuje standardu pięciogwiazdkowego hotelu? Tuli pysk zaczął się uśmiechać w chwili, kiedy na jej szyi znalazła się obroża, a ja w ręku trzymałam smycz. To była radość psa, który przestał być niczyj. Ta smycz stała się niejako fizycznym wyrazem więzi, która zaczęła nas łączyć.
A radość trwała dalej. To była radość z tego, że jest ciepły kąt, własne legowisko, że ta miska zawsze jest napełniania dwa razy dziennie… Ba, własna miska, o którą nie trzeba już walczyć z kolegami z boksu. I w domu zabawki, mnóstwo zabawek. A przede wszystkim człowiek, który o tego psa dba i pozwala mu poczuć, że jest potrzebny, jedyny i kochany.


Mój dom – wsparcie fundacji

Po Tulę nie pojechałam sama. Był ze mną Paweł, dobra dusza z fundacji. Pomógł wsadzić psa do samochodu, zrobił dziewczynie pierwszą sesję już poza schroniskowymi murami, zawiózł nas do domu… no i tak się zaczęło.

Pierwszy dzień, dzień poważnej decyzji w moim życiu ciągle mnie zaskakiwał. Opisuję wszystko rzetelnie na forum Fundacji – i tu miła niespodzianka. Gosia prosi o adres – i od razy wysyła preparat na kleszcze do nas (jak się później okazało: z zabawką i smaczkami w gratisie). Tomek pyta, czy nie trzeba karmy. A Paweł już umawia się ze mną na wizytę z Tulą u weterynarza, żeby nas zawieźć… Zresztą co tu dużo pisać – Paweł został przecież wirtualnym sponsorem Tuli. Pełne wsparcie.

Fizycznie z psem zostałam sama, ale rady i pomoc płynęły z różnych stron. Niby nic, ale człowiek nabiera pewności i wierzy w powodzenie misji. Bo takie tymczasowanie to swojego rodzaju misja. I przebiegać może różnie. Ale uśmiech psa, błysk w jego oczach, merdający ogon - są bezcenne. Z punktu widzenia człowieka - materialisty daję tak niewiele... Z punktu widzenia psa - daję mu nowe życie.


Pierwsze schody

Dosłownie. To była pierwsza poważna bariera – schody. Tula miała problemy ze wstawaniem, schody w kamienicy są dość strome i kręte – wystraszyłam się, że będę musiała ją nosić. Szybko: smaczek, zachęta słowna, ruszam dziarsko przodem i modlę się w duchu, aby ją to zmobilizowało… JEST! Ruszyła. Ciężko, powoli, ale idzie sama. Ufff….
Układam w głowie plan czynności po wejściu do domu. Kąpiel przede wszystkim – trzeba zmyć z niej zapachy schroniska… Czekała na mnie jednak bardzo miła niespodzianka – nie doceniłam radośći tej starszej suni z tego, że ktoś ją stamtąd zabrał. Tula wchodzi ze mną do pokoju, a gdy na chwilę odwracam głowę… patrzę, stoi obok mnie, wpatrzona we mnie, trzymając w pysku… piłkę… Aż się łza zakręciła. Labrador. Labrador pełną gębą, gębą pełną piłek ;)

I od tego momentu wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Tula została wykąpana, wyczesana… nie zauważyłam niepokojących objawów na skórze. Wręcz przeciwnie: piękna, gęsta sierść.
Obejrzałam uszy – brud aż po brzegi. No i tyle. Ona położyła się i leży. Nie, nie tylko leży – ona leży i sapie jak parowóz. Znów chwila zwątpienia – tak gorąco jej czy tak się zmęczyła? Może stres? Tak, na pewno stres.
Ale sapanie trwa dłużej, ono towarzyszy na początku każdej czynności przez nią wykonywaną, począwszy od wstawania. Po dwóch dniach mam obawy, że może jednak coś z sercem? Powoli chodzimy na spacery, powoli wydłużam jej to nasze człapanie, bardzo powoli…

Radość

Każdy spacer to raj. Raj dla psa. Ona odkrywa miejsca, zapachy, mnóstwo zapachów. Właściwie co krok, to przystaje, wącha… niby nic, ale to przecież nieodłączny element psiego świata, którego nie miała za kratami…

Choć trudno w to uwierzyć, ale miałam wrażenie, że ona jest ze mną od zawsze. Czekała na dźwięk mojego głosu, na komendę, ufnie wpatrywała się we mnie i cieszyła, tak po prostu cieszyła. Że jest ze mną, że nie jest sama, że ktoś dał jej szansę. Doświadczanie tej psiej radości jest niesamowitym przeżyciem. Z jednej strony wydawało mi się, że nie robię nic specjalnego – skoro mam już jednego psa i jednego wyprowadzam, karmię, z jednym się bawię, to przecież mogę podzielić ten czas i pomóc drugiemu. Ale to, co dla mojego psa było rutyną: nasze spacery, aporty, pływanie, karmienie, ćwiczenie nowych komend, w Tuli wywoływało uśmiech na pysku. Patrzyłam, jak ta cudowna sunia, dama, jak sobie nazywałam, pięknieje i zaczyna tryskać życiem z dnia na dzień. A przecież ja naprawdę nic nie robiłam nadzwyczajnego, a dla niej to był uśmiech losu, widziałam w tych mądrych oczach, że jej wdzięczność nie ma granic.
I tak nam mijał dzień za dniem…

… kiedy klamka zapada


Oczywiście były takie chwile, kiedy wątpiłam. To było wtedy, kiedy Tula z moją suką rywalizowały o jedzenie w miskach, ale też kiedy Tula ufnie wpatrywała się we mnie, kiedy przychodziła na każde zawołanie, dreptała za mną krok w krok, a kiedy mimo ogłoszeń nikt się nie zgłaszał… Rodzina już uznała, że Tula jest moim drugim psem. Bo przecież takiej starej, choć idealnie wychowanej, zdrowej, nikt nie będzie chciał…
I pewnego niedzielnego wieczoru stało się to, na co czekałam, na co czekała Tula. Zadzwoniła do mnie Dorota, wtedy jeszcze pani Dorota….


A to dopiero początek…


Tula znalazła swoją przystań. A dziś przystani szukam dla kolejnej potrzebującej suni, niespełna dwuletniej Maszy… Nowy pies, nowe problemy, nowe wyzwania… A każdy dzień uczy mnie, jak być dobrym opiekunem w DT i że to była właściwa decyzja. A kiedy wątpię…? Wtedy wiem, że nie jestem sama – że o los mojego podopiecznego dbają w Fundacji wszyscy. I myślę sobie, że sama nazwa „dom tymczasowy” w ogóle nie odzwierciedla tego, co daję potrzebującemu psu. No bo jak – przygarniam ją tymczasowo, a potem oddaję w inne ręce?

Absolutnie nie! Jako pierwsza pokazuję psu, że nie jest sam. Że jest ktoś, kto o niego dba. Jako pierwsza prostymi codziennymi czynnościami, które mój pies przyjmuje bez mrugnięcia okiem, pomagam tymczasowiczowi na nowo uwierzyć w człowieka, życie, w miłość. Brzmi górnolotnie? Być może. Ale tak to działa. Ja tylko sypię do dwóch misek, chwytam w rękę dwie smycze, a po powrocie do domu pogłaskać trzeba dwa psy i dwóm psom rzucam piłkę. Za to pies ze schroniska, pies potrzebujący, szukający domu, odbiera to wszystko z radością, z dnia na dzień ufa mi coraz bardziej…
I tylko smutek ogarnia, że są ludzie, którzy potrafią porzucić takiego psa, jakim jest labrador… Przy odrobinie cierpliwości, konsekwencji można ułożyć taką niesforną żywiołową naturę, jaką ma ta rasa. Teraz właśnie uczy mnie tego Masza ;)


Tymczasowanie…


… to jedno słowo wbrew pozorom zawiera bardzo wiele. Ja nie biorę psa na przechowanie i nie upycham go w mieszkaniu jak dodatkowy mebel. Wiem, że pies, który do mnie trafia, często jest po przejściach, bardzo często wzięty ze schroniska albo znaleziony. Każdy przypadek jest inny i wymaga innego postępowania, ale wiem, że każdy nowy pies u mnie:
- jest badany przez weterynarza, w przypadku problemów ze zdrowiem zlecane są dodatkowe specjalistyczne badania i leczenie;
- jeśli nie został wcześniej wykastrowany czy wysterylizowany, to właśnie u mnie poczeka na ten zabieg, jeśli nie będzie żadnych przeciwwskazań medycznych;
- uczy się: czystości, podstawowych komend, współżycia z moim psem i innymi psami.

Jestem świadoma, że nowy gość może jeszcze nie wiedzieć, że potrzeby fizjologiczne załatwia się na zewnątrz. Że podgryzanie rąk, skakanie, wyrywanie jedzenia jest niewłaściwym zachowaniem. Że na spacerach nie można się oddalać, dokądkolwiek się chce… To są zadania, które on stawia przede mną… Czas jednak pokazuje, że taki pies swoją wdzięcznością potrafi wynagrodzić wiele. I stara się, czasem pokornie, niekiedy trochę zadzierając nosa, uczyć się nowych nawyków. To naprawdę działa!

Jak zostać domem tymczasowym?

Po prostu zgłoś się do nas. Na pewno będziemy chcieli Ciebie poznać, spotkać się z Tobą i porozmawiać. Pamiętaj, że przygarnięcie psa pod swój dach wymaga przemyślanej decyzji. Każdy dom tymczasowy podpisuje umowę z Fundacją regulującą zakres współpracy. Jeśli chcesz wiedzieć, czego dokładnie wymagamy od opiekunów w DT, przeczytaj informacje znajdujące się na naszym forum.

… bez epilogu

Nie ma mowy o żadnym końcu: moje tymczasowanie ciągle trwa. I co dziś myślę o tej decyzji?

Skoro już jednego psa wychowałam, swojego, to przecież poradzę sobie z drugim. Bo nawet dla mnie w tym krótkim czy długim okresie pobytu psa u mnie, są chwile, w których czuję, że wraz z każdym mlaśnięciem jęzora mojego podopiecznego spływa na mnie ogromna wdzięczność za to, że wyciągnęłam do niego rękę.

I dziękuję wszystkim ludziom z Fundacji oraz wszystkim tym, którzy w naszą pracę wierzą i wspierają naszą działalność – to dzięki Wam oglądam dziś na forum zdjęcia ślicznej, wyszczuplałej i uśmiechniętej Tuli. A to przecież jeden z wielu naszych psów, które już mieszkają w nowych domach. A inne ciągle czekają… Im więcej z nas zdecyduje się przygarnąć potrzebującego psa pod swój dach, tym większej liczbie psów będziemy mogli pomóc.

Dlatego zostań naszym domem tymczasowym - razem możemy więcej


Aleksandra Maciejewska; Fundacja Pomocy Labradorom PRIMA